poniedziałek, 1 października 2012

Ile spółek najlepiej mieć w portfelu?

Odpowiedź na tytułowe pytanie zależy od tego kto pyta: inwestor czy spekulant. Spekulant do wyznaczania właściwych momentów na zakup i sprzedaż akcji (czy innych instrumentów finansowych) stosuje analizę techniczną. Podstawową zaś jej zasadą jest kupowanie akcji ponieważ zdrożały, a sprzedawanie - ponieważ potaniały. Dodatkowo, spekulant ustawia zlecenia obronne (stop loss) na wypadek gdyby kurs poszedł w niekorzystnym kierunku, a wielkość pozycji określa w oparciu o akceptowany poziom ryzyka (rozumiany jako maksymalna strata jaką może zrealizować w pojedynczej transakcji). Jak to się ma do ilości spółek w portfelu? Najlepiej zilustruje to przykład: jeśli spekulant ma do dyspozycji 100.000 zł, akceptowany przez niego poziom ryzyka to dwa procent tej kwoty, a stop loss ustawia na poziomie o dziesięć procent niższym od ceny zakupu (dla uproszczenia, bo są lepsze sposoby), to łatwo policzyć, że w portfelu będzie miał pięć spółek (każda za kwotę 20.000 zł). Tematyka zleceń obronnych i zarządzania wielkością pozycji jest bardzo dobrze omówiona w książce "Giełda, wolność i pieniądze. Poradnik spekulanta" Van K. Tharp'a. Ale co z inwestorem?

Grahamowski Inteligentny Inwestor zainteresowany jest przede wszystkim nabywaniem akcji odpowiednich spółek po odpowiedniej cenie. Fluktuacje rynku są dla niego ważne z praktycznego powodu: wytwarzają poziomy cen, przy których mądrze jest kupować akcje, oraz poziomy przy których powinien powstrzymać się od kupowania i ewentualnie rozważyć sprzedaż. Inwestor nie stosuje stop lossów. Wątpliwe żeby Graham je był stosował. Czy jednak oznacza to że inwestor nigdy się nie myli? Myli się, i to pewnie ani rzadziej, ani częściej od spekulanta. Jednakże pomyłki mogą zakosztować inwestora - dużo, dużo więcej niż spekulanta, jeśli będzie trzymał podobną ilość spółek w portfelu (np. 5-10), ale bez stosowania właściwego mechanizmu obronnego.

Tym mechanizmem jest dywersyfikacja, rozumiana tutaj jako posiadanie odpowiedniej ilości spółek w portfelu. Ile to jest "odpowiednia ilość"? Posługując się analogią do przytoczonego przykładu, załóżmy, że inwestor ma do dyspozycji sto tysięcy, a w jednej transakcji gotów jest zaryzykować maksymalnie dwa procent tej kwoty (ryzyko rozumiane jest tutaj jako możliwość starty całej lub prawie całej kwoty przeznaczonej na tą transakcję, co odpowiada sytuacji poważnych kłopotów lub upadłości firmy, gdy kurs spada o 90% i więcej). Tutaj rachunek jest jeszcze prostszy - w portfelu będzie pięćdziesiąt spółek (każda za kwotę 2.000zł).

A jak to się ma do zasad Grahama? Graham mocno wierzył w statystykę, w możliwość uzyskania wysokiej stopy zwrotu z inwestowania w grupy spółek. Zalecał minimum trzydzieści spółek w portfelu. Dlaczego tyle? Według mnie taką liczbę tłumaczyć należy przyjętym poziomem maksymalnego dopuszczalnego ryzyka związanego z pojedynczą pozycją (jedna trzydziesta, albo 3,33%, co spekulant uznałby za poziom średni lub nawet wysoki) oraz dodatkowymi parametrami systemu. Parametry te to: trafność (ile transakcji zyskownych przypada na ile stratnych), stosunek wielkości potencjalnego zysku do ryzyka ponoszonego w pojedynczej transakcji i ... horyzont czasowy.

Przyjrzyjmy się temu: jeśli możliwa strata wynosi 100%, a zysk co najwyżej 50% (zakładając sztywne trzymanie się kryterium sprzedaży Grahama), to stosunek zysku to ryzyka wygląda na pierwszy rzut oka słabo: jak jeden do dwóch. Gdyby średnio co druga pozycja była tracona w całości a co druga zyskiwała 50%, to dość szybko na takim inwestowaniu stracilibyśmy wszystkie pieniądze. Jako że stopa zwrotu zależy od trafności, ale też od stosunku zysku do ryzyka, to spodziewamy się w tej sytuacji wysokiej trafności systemu. Innymi słowy, oczekujemy, iż w ramach szeroko zdywersyfikowanego portfela relatywnie rzadko będzie dochodzić do straty całej pozycji (bankructwo i likwidacja spółki) i stosunkowo wiele pozycji zakończy zyskiem 50%. Można zauważyć, że czynnikiem sprzyjającym wysokiej trafności jest przyjęty przez Grahama dość długi horyzont czasowy. Intuicyjnie można wytłumaczyć to tak: dana spółka odnotowuje coraz słabsze rezultaty albo oczekiwania co do przyszłości branży w której operuje są pesymistyczne. Powoduje to niską wycenę i atrakcyjny współczynnik ceny do zysków wykazanych za miniony okres - na przykład mniejszy od 7. W tym momencie inwestor kupuje akcje tej spółki. A tu kurs dalej spada. Inwestor jednak dalej trzyma te akcje (nie do pomyślenia dla spekulanta), bo trzyma się systemu. Po kilku miesiącach kurs rusza do góry - spółka poprawia wyniki, pesymizm zmalał, albo też wszyscy pesymiści zdążyli już pozbyć się akcji i nie ma kto sprzedawać. Po roku (powiedzmy) inwestor ma na tej spółce już tylko niewielką stratę albo jakieś mniejsze czy większe zyski. Graham przekonywał, że w skali co najmniej pięciu lat i portfela składającego się z co najmniej trzydziestu spółek, taka strategia przynosi zyski rzędu 15-20% bez uwzględniania dywidend i kosztów transakcyjnych (dywidendy z nawiązką pokryją te koszty).

Konkrety, czyli wyniki swoich wieloletnich badań statystycznych Graham przedstawił w połowie lat 70-tych na seminarium "Three Simple Methods of Common Stock Selection" (patrz: The proceedings of a seminar on restructuring investment strategy to meet the challenges of the economic environment. Tą treść w przystępniejszej formie można znaleźć tutaj).
A oto część dotycząca zaobserwowanej w jednym z badanych okresów trafności systemu:
This gave me a total of about 900 assumed transactions, of which about half were sold at a profit of 50 percent within the following year; about 17 percent sold in the second year, and the rest disposed of perforce at the end of the second year. Only 63 of these showed losses of more than 10 percent, as against 686 yielding significant profits.
Wyszło całkiem nieźle - w zakładanym horyzoncie czasowym dwóch lat około 67% pozycji dało (zakładany) zysk 50%, a tylko 7% przyniosło stratę ponad 10%. Widać z tego, że wysokie straty są wystarczająco rzadkie, w porównaniu z częstością zysków 50%.

Wszystko to brzmi fajnie, ale może giełda amerykańska to jednak to nie to samo co polska? Innymi słowy warto byłoby przeprowadzić analogiczne badania zastosowania metody Grahama w warunkach polskiej giełdy, najlepiej za ostatnie 15-20 lat. Choć dostępne są opracowania wskazujące na dobre wyniki strategii polegającej na kupowaniu dużych grup spółek o niskim C/Z w latach 2006-2011 (gazeta Parkiet), to jednak nie jest to w 100% ta sama metoda.

Być może któryś z czytelników tego bloga ma chęci i możliwości przeprowadzenia takich badań lub udostępnienia źródła potrzebnych do nich danych? Jeśli tak, to proszę o kontakt.


A wracając do głównego tematu - ciekaw jestem ile spółek mają średnio czytelnicy bloga w portfelu i na jakiej podstawie decydują że właśnie tyle (a nie mniej albo więcej)? Co sądzicie o poziomie dywersyfikacji proponowanym przez Grahama i mojej jego interpretacji? A może uważacie że strategię Grahama, czy szerzej ujmując, strategię inwestowania w wartość należy łączyć ze stosowaniem stop lossów?

3 komentarze:

  1. Stop lossy na pewno nie. Ja w swoim portfelu mam jedynie 4 spółki przy wkładzie 526 złotych (kupuje stabilne spółki (2 z nich to blue chipy). Póki co wartość mojego portfela wzrosła o 14,80%). Myślę, że jeszcze kupie z 4 spółki, ale będą to spółki z dobrą historią dywidendową, przy dobrych cenach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Również łączenie stop lossów z inwestowaniem w wartość uważam za zły pomysł. Co do ilości spółek to zdałem się na indeks Wig20 i kupiłem ETFW20L który zrównoważyłem funduszami obligacji.

    Jeśli chodzi o symulacje strategii Grahama posłałem wiadomość przez kontakt. Poniżej odnośnik do prezentacji otwartego oprogramowania umożliwiającego przeprowadzanie symulacji strategii inwestycyjnych, które niedawno skończyłem pisać: http://www.youtube.com/watch?v=RsLcKhea1hQ&hd=1

    Pozdrawiam
    Kuba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki - gdyby się udało przeprowadzić symulację którejś ze strategii Grahama, to z pewnością chętnie wszyscy poznalibyśmy jej wyniki.

      Usuń